‘Sleeping towns joined together, by the steel of the rails’

28 02 2012

Wygląda na to, że udało mi się przetrwać luty! Ostatnie cztery tygodnie minęły mi na ekstremalnym no-life’izmie i pracy 6/7. Na szczęście wysiłek ten nie poszedł na marne i seminarium udało mi się przetrwać unikając kompromitacji. Co więcej, promotor chyba był nawet zadowolony z poczynionych postępów, choć tak jak ja ma mieszane uczucia odnośnie możliwości ewaluacji wyników… tiaa

Tak więc ostatnie dni lutego spędziłam w Grazu (oraz na podróży ‘do’ i ‘z’, w sumie 21h w podróży), ciesząc się chwilą wytchnienia i spacerując po mieście. O ile z reguły nie przepadam za dużymi i zorganizowanymi skupiskami ludzi, o tyle Graz jakoś przypadł mi do gustu. Za każdym razem dużą przyjemność sprawia mi możliwość przejścia się ulicami i przyglądania się wystawom i ludziom. Miasto jest czyste, a tubylcy (sezon turystyczny na szczęście jeszcze się nie zaczął) kolorowi i uśmiechnięci. Mimo ogólnego zadbania, na miejskich murach można znaleźć całkiem sporo graffiti. Nie są to jednak w większości zwykłe bohomazy niewydarzonych artystów-huliganów. Treści i formy są ciekawe i czasami naprawdę zaskakują, wywołują uśmiech, lub skłaniają do chwili zastanowienia. No bo czy napis ‘White Rabbit Conspiracy’ na budce z kebabem nie jest dowcipny? ;>

W przeciwieństwie do większości znanych mi ludzi, nie jestem w stanie pracować w pociągu. O ile inni twierdzą, że ruch i szum uspokaja ich i wycisza, pozwalając na maksymalna koncentracje, o tyle minie absorbuje na tyle, że nie jestem w stanie przeczytać ze zrozumieniem ani jednego akapitu artykułu. Z książką jest jeszcze jako tako, choć w większości przypadków kalejdoskop zaokiennym krajobrazów absorbuje mnie na tyle, że zapominam o lekturze a moje myśli zaczynają płynąć niezorganizowanym strumieniem sterowanym nieznacznie przez mijane scenerie. Tak więc czas podróży spędziłam na rozmyślaniach (poza drobnym incydentem, kiedy to młody filozof z Wiednia postanowił rozpocząć ze mną rozmowę, sami oceńcie jak dalece musiał być zbudzony i zdesperowany ;P). Tematy były różne i różniaste, choć w dużej mierze skupiające się na aspektach mojej obecnej egzystencji – jednym słowem star śpiewka. Tym razem jednak doszłam do wniosku, że skoro i tak jest jak jest, to powinnam zacząć czerpać z chwili obecnej jak najwięcej się da. Przede wszystkim skupić się na robocie i PhD żeby skończyć wszystko w wyznaczonym terminie, a nie ‘jebać się’ z tym (za przeproszeniem) przez kolejne kilka lat. Po drugie, powinnam zdecydowanie przyłożyć się do angielskiego. Niestety moja znajomość tego języka raczej nie poprawia się, a w najlepszym wypadku utrzymuje się na poziomie względnie poprawnej konwesacji, co zaczyna mnie denerwować. Prawda jest taka, że od wyjazdu z Ispry moja komunikacja z innymi ludźmi ogranicza się do niezbędnego minimum, co sprawia, że zwroty i słownictwo życia codziennego powoli zacierają się w mojej pamięci. Czytanie książek niestety nie za wiele pomaga, choć z pewnością nie szkodzi, ale to jednak nie to samo. Postanowiłam zatem zrobić użytek z magicznego srebrnego pudełka które zagraca moje mieszkanie (a nazywa się tv) i zacząć oglądać cnn i bbc. Poza aspektem językowym będzie to miało zbawienny wpływ na mój poziom wiedzy o świecie. Może życie z nieświadomości globalnej jest zdrowe, ale czasami warto coś wiedzieć… w końcu, jakby nie patrzeć jest się częścią tego bajzelu. Ostatnie przemyślenia, choć tez natury lingwistycznej dotyczą włoskiego – trzeba się kurcze zabrać do roboty, bo owszem metoda biernej asymilacji jak na razie przynosi nawet zaskakujące efekty, ale chyba pora się bardziej przyłożyć (ok, tą mantrę powtarzam sobie już od jakiegoś czasu… ;P).

Poza sprawami bieżącymi muszę uzupełnić nieco dziennik wydarzeń ostatnich tygodni.

W przypływie radości, jakiś czas temu postanowiłam wymyć samochód. Sezon zimowy już się właściwie skończył, solić raczej już nie będą, więc pora było zadbać o jedna z miłości mojego życia. Po samodzielnej obsłudze myjni automatycznej (udało mi się nie zblokować urządzenia, oraz otrzymać z powrotem cały i czysty pojazd), zabrałam się za samodzielne woskowanie karoserii. Nic tak nie wzmacnia więzi między właścicielem a samochodem jak staranne nanoszenie wosku i polerowanie (Karate Kid to przy tym amatorszczyzna). Ileż sentymentalnych wspomnień może przynieść widok wgniecenia po gradowej kulce (Ispra, czerwiec 2010), albo delikatne obicie na drzwiach (Dolomity, Maj 2011)… aż się łza w oku kręci ;] W efekcie końcowym ponad półtoragodzinnych zabiegów pielęgnacyjnych, Toyota nie dość że błyszczała, to jeszcze roznosił się wokół niej zapach arbuza. Nie wiem gdzie podziały się stare dobre czasy kiedy proszek do prania czy inne produkty czystości pachniały jak chemia a nie jedzenie, ale nieco za nimi tęsknię…

Poza tym w moim życiu pojawił się nowy Stwór. Zgodnie z niemiecka tradycją nosi imię Herman. Herman mieszka w kuchni i jest dość niewymagającym bytem, czy raczej kolonią bytów. Wymogi żywnościowe ma dość niewygórowane i zaspokaja się garścią mąki żytniej podaną raz na dwa trzy dni. Jeżeli wasza wyobraźnia nakreśliła już obraz mojego nowego współlokatora, to czas zderzyć go z rzeczywistością: Herman to zakwas chlebowy. Choć nasza pierwsza współpraca wyszła raczej mizernie, drugi bochenek uważam za osobiste arcydzieło piekarnictwa. Początkowy sceptycyzm został całkowicie wyparty przez głęboką fascynację i podziw dla możliwości Hermana. Taki gluś z wody i mąki a rośnie jak szalony!

Cóż więcej… chyba tylko tyle że mój nowa-stara koleżanka (Ms Sunshine) koniecznie chce mnie zaktywizować społecznie. Na razie jestem twarda, ale nie wiem czy na długo jeszcze starczy mi asertywności i czy ostatecznie nie ulegnę wybierając się w końcu na jakąś wspólna wyprawę w góry lub na rower. A właśnie, rower! Podczas moich pociągowych przemyśleń postanowiłam odremontować (głównie pomalować) kolarkę. Ponieważ tylna przerzutka i tak jest do wymiany, więc odpada mi rozkminianie najbardziej skomplikowanego elementu (i tak potem rower trafi do warsztatu na wymianę i regulację). Z resztą powinnam sobie sama poradzić zarówno przy demontażu, jak i ponownym składaniu roweru w całość. Na malarnię wstępnie obrałam nieużywany prysznic techniczny w podziemiach mojego budynku, choć ewentualnie taras też nie będzie złym miejscem. Postaram się wszystko zrobić w ciągu najbliższych 2 tygodni/weekendów. Koncepcja kolorystyczna jest wstępnie ustalona, ale niech na razie będzie to moją mała tajemnicą ;]





‘Jak się nie obrócisz to rzyć z tyłu!’

19 02 2012

 

czas od poprzedniego wpisu: 2 tygodnie
aktywność w tym okresie: praca (50%), sen (40%), reszta (10%)
ogólne samopoczucie: ujdzie
osiągnięcia: ciągle żyję; tytuł ‘duchess’ w MH
największy problem: doba ma tylko 24h a ja muszę spać przez 8
eksperymenty kulinarne: chleb na zakwasie (efekt średniozadowlający); muffinki ze Snickersem (pycha)
największe rozczarowanie: zakończenie serii Eragona
sport: basen 3 razy w tygodniu – co najmniej 2km w każdej sesji (nie jestem w stanie policzyć dokładnie ilości nawrotów ;/)
kontakty międzyludzkie: poziom nieuniknionego minimum
pogoda: ładna poza wolnymi od pracy niedzielami, czyli tradycyjnie ‘chujnia’

 

uwagi ogólne:
Raport z projektu i seminarium w Grazu wymuszają na mnie wzmożoną aktywność intelektualną. Ma to swoje dobre strony, bo wreszcie mam jakiś powód do mobilizacji i pchnięcia czegoś do przodu. Problem tylko taki, że nie mam pewności czy pcham to w dobrym kierunku… czyli tradycyjnie bez zmian i opieki naukowej robię ‘swoje’. Dodatkowo ciągle zmagam się z tym samym problemem, czyli brakiem danych referencyjnych, co oznacza ze moje pomysły i modele są na tym etapie bajkową hipotezą… Poza tym nadal trwa nieustająca walka z software’m i ludźmi z IT… życie.

 

Przynajmniej jeszcze przez półtora tygodnia będę kontynuowała mój no-lifizm. Potem chyba atmosfera się nieco rozluźni, a ja będę mogła wrócić do mojego starego rytmu egzystencji…

 

 






‘When it came to spreading chaaos and destruction, dragons were without equal.’

6 02 2012

Po doświadczeniach mijającego (i niestety obecnego) tygodnia uważam że oficjalnie należy mi się tytuł głównego ‘debugatora’ lub crush’era. Czegokolwiek się nie dotknę, jakiegokolwiek programu nie włączę zaraz wszystko wystrzela w powietrze. Niestety obawiam się, że wszystkiemu jest winne nasze ICT, które w swojej głupocie i nieświadomości ponakładało na nasze komputery i sieć nieżyciowe limity i zakazy, o których szary użytkownik nawet nie ma szansy się dowiedzieć zanim program nie wyłączy mu się w trakcie procesu. Specyfika mojej dziedziny polega na tym, że pliki są wielkie (po kilka, kilkanaście GB) i najczęściej pracuje się z kilkoma takimi słoniami naraz… No i weź tu człowiecze pracuj jak co chwila jesteś zmuszony do podziwiania pulpity.

W takiej sytuacji człowiek nie dość, że się wścieka na swoją bezradność i głupotę ‘specjalistów’, to jeszcze marnuje czas, bo zamiast zrobić coś za jednym zamachem wymyśla karkołomne sposoby na obejście durnej bariery. Może to i dobry sposób na rozruszanie szarych komórek, ale chyba są lepsze i mniej stresujące.

Poza tym muszę się przyznać, że dziś moje życie uległo wielkiej zmianie. Po ponad dwóch latach egzystencji w radosnej nieświadomości o dokładnym stanie temperatury za oknem, moje gospodarstwo domowe wzbogaciło się o termometr. Szczerze mówiąc ciągle głowię się co mnie natchnęło do tak dziwacznego ruchu, bo w sumie wiedza o ciepłocie powietrza nic nie zmienia, ale może faktycznie nie będę musiała już włączać komputera za każdym razem kiedy najdzie mnie potrzeba zaspokojenia pierwotnej ciekawości. Jakby to podsumowała moja Mama: ‘starzejesz się’. 








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.