To był dziwny tydzień. Przede wszystkim przegapiłam dwa trzęsienia ziemi! Oba były w czasie pracy i oba podobno można było odczuć u nas w biurze. Ja jednak pogrążona w moim Matrixie niczego nie zauważyłam. Kurcze, to już nie pierwszy raz kiedy omija mnie taka atrakcja!
Poza tym w czwartek dowiedziałam się, że prezentacja wyników naszej rocznej (aha, jasne) pracy będzie miała miejsce (uwaga) w marcu, a nie w czerwcu. Jak bardzo w lesie jestem chyba nie trzeba tłumaczyć (w obu znaczeniach tego zgrabnego wyrażenia ;P). Mam zatem miesiąc na zrobienie ‘czegoś’ co będzie miało ręce i nogi i dawało choć cień nadziei na uniknięcie kompletnej kompromitacji… tiaa… O ile w JRC taki zwrot wydarzeń dodawał mi skrzydeł i wynosił moja wydajność i pomysłowość na wyżyny, o tyle tutaj raczej kieruje się ku początkom załamania i rezygnacji. Muszę więc ‘siłą’ przywrócić równowagę mojego małego świata, a nic nie daje lepszego energetycznego kopa jak wysiłek fizyczny w wielkich ilościach! Z braku innych możliwości (jak koszykówka, floorball itd.) postanowiłam zabrać się za pływanie i bieganie (mam nadzieję, że dociera do Was poziom mojej desperacji!). O rowerze nawet nie wspominam, bo to mam nadzieję rozumie się samo przez się ;]
I tak po zapoznaniu się z beznadziejnym grafikiem jedynego wytropionego basenu, w piątek rano (6:45) stawiłam się przed drzwiami pływalni, z nadzieją porządnego ‘zmachania się’ i tym samym zainaugurowania mojego zmyślnego planu. Cóż, niestety wszystkie siły Wszechświata się sprzysięgły przeciw mnie, bo okazało się że basen jest zamknięty z powodu jakiś zawodów (jasne, przed siódmą rano…). Tak więc chcąc nie chcąc w pracy byłam punkt 7, czym wprawiłam Panią Sprzątaczkę (kurcze, po roku powinnam już wiedzieć jak się kobieta nazywa ;P) w osłupienie. W ramach porannej rozrywki zostałam zabrana na ‘wycieczce’ po naszym budynku. Fajnie jest się dowiedzieć, że w podziemiach mamy laboratorium oraz zaplecze łazienkowe… otworzyło to przede mną nowe możliwość, jak na przykład jogging w przerwie na lunch. Okolica co prawda nie pozwala na rundkę po lesie, jak było to możliwe w Isprze, ale to zawsze ‘coś’.
Na koniec mam dla Was drodzy Czytelnicy cenną naukę: jazda rowerem po lodzie jest ZŁA, a jej skutki trzeba potem leczyć gorącymi czekoladowymi ciasteczkami!


