‘All we can do is strive to accept out fate with grace, whatever it might be.’

29 01 2012

To był dziwny tydzień. Przede wszystkim przegapiłam dwa trzęsienia ziemi! Oba były w czasie pracy i oba podobno można było odczuć u nas w biurze. Ja jednak pogrążona w moim Matrixie niczego nie zauważyłam. Kurcze, to już nie pierwszy raz kiedy omija mnie taka atrakcja!
Poza tym w czwartek dowiedziałam się, że prezentacja wyników naszej rocznej (aha, jasne) pracy będzie miała miejsce (uwaga) w marcu, a nie w czerwcu. Jak bardzo w lesie jestem chyba nie trzeba tłumaczyć (w obu znaczeniach tego zgrabnego wyrażenia ;P). Mam zatem miesiąc na zrobienie ‘czegoś’ co będzie miało ręce i nogi i dawało choć cień nadziei na uniknięcie kompletnej kompromitacji… tiaa… O ile w JRC taki zwrot wydarzeń dodawał mi skrzydeł i wynosił moja wydajność i pomysłowość na wyżyny, o tyle tutaj raczej kieruje się ku początkom załamania i rezygnacji. Muszę więc ‘siłą’ przywrócić równowagę mojego małego świata, a nic nie daje lepszego energetycznego kopa jak wysiłek fizyczny w wielkich ilościach! Z braku innych możliwości (jak koszykówka, floorball itd.) postanowiłam zabrać się za pływanie i bieganie (mam nadzieję, że dociera do Was poziom mojej desperacji!). O rowerze nawet nie wspominam, bo to mam nadzieję rozumie się samo przez się ;]

I tak po zapoznaniu się z beznadziejnym grafikiem jedynego wytropionego basenu, w piątek rano (6:45) stawiłam się przed drzwiami pływalni, z nadzieją porządnego ‘zmachania się’ i tym samym zainaugurowania mojego zmyślnego planu. Cóż, niestety wszystkie siły Wszechświata się sprzysięgły przeciw mnie, bo okazało się że basen jest zamknięty z powodu jakiś zawodów (jasne, przed siódmą rano…). Tak więc chcąc nie chcąc w pracy byłam punkt 7, czym wprawiłam Panią Sprzątaczkę (kurcze, po roku powinnam już wiedzieć jak się kobieta nazywa ;P) w osłupienie. W ramach porannej rozrywki zostałam zabrana na ‘wycieczce’ po naszym budynku. Fajnie jest się dowiedzieć, że w podziemiach mamy laboratorium oraz zaplecze łazienkowe… otworzyło to przede mną nowe możliwość, jak na przykład jogging w przerwie na lunch. Okolica co prawda nie pozwala na rundkę po lesie, jak było to możliwe w Isprze, ale to zawsze ‘coś’.

Na koniec mam dla Was drodzy Czytelnicy cenną naukę: jazda rowerem po lodzie jest ZŁA, a jej skutki trzeba potem leczyć gorącymi czekoladowymi ciasteczkami!








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.