Raz na jakiś czas każdego dopada chęć lekkiego ‘złajdaczenia się’. Stoczenia się na dno, zapadnięcia w letarg/marazm, spicia lub zrobienia czegokolwiek innego co choć trochę uwalnia od rutyny codzienności. Taka krótka nirvana ma dobroczynny wpływ na życie i percepcję świata.
Otóż właśnie przechodzę taki okres. Przy czym w moim przypadku wygląda to dość… osobliwie. Moje łajdaczenie składa się bowiem głównie ze spania, jedzenia i słuchania muzyki (również będącej efektem osobistego szarpania drutów). Może wpisuję się w naukowo dowiedziony nurt depresji ponoworocznej, może ciągle ‘odreagowuje’ wakacje, a może do wszystkiego dokłada się jeszcze kilka innych czynników. W każdym razie właśnie kończy się drugi weekend który spędziłam głównie śpiąc i jedząc (oj zaszalałam kulinarnie, aż mi się lodówka nie chce domknąć). Było nawet miło i tylko raz przepiękna pogoda sprowokowała mnie do rowerowego szaleństwa które zaowocowało dokumentnym zabłoceniem. Może ten tydzień wniesie w moje życie nieco więcej dynamizmu… może tak a może nie…





Wow, to tam nie ma zimy?
Na dole, w dolinach zima jest bezśnieżna. Śnieg zaczyna sie mniej więcej od 800m n.p.m. Dlatego generalnie zimowy widok z miasta i okolic jest nieco depresyjny…