‘Reality is something that you rise above’

11 12 2011

Nie ma co ukrywać: działo się! A wszystko przez to, że weekend rozpoczął się w czwartek… Po trzech dniach załamywania się poziomem intelektualnym niektórych ludzi z którymi przyszło mi pracować, w czwartkowy poranek zameldowałam się na pokładzie samochodu pędzącego z Ispry do Salzburga, celem spędzenia następne 24h w doborowym towarzystwie znajomych z JRC. Poza niekończącymi się rozmowami plan obejmował: obiad u Barbary (dziewczyny z którą dzieliłam biuro), wieczorny spacer po mieście, kolację w knajpce, kilkugodzinny sen oraz drugą, już poranną dawkę zwiedzania. Aż mi się nie chciało wierzyć, że to już blisko rok, jak wyjechałam z Ispry! Czas leci zdecydowanie za szybko… Na domiar złego dowiedziałam się że decyzją dyrektora centrum, moja akcja będzie od nowego roku podzielona. Nie wiem dlaczego ktoś podjął taka decyzję, ale jedna z najlepszych i najbardziej dynamicznych akcji JRC właśnie przestaje istnieć. Ludzie nie wiedza jeszcze w którym z nowych tworów przyjdzie im pracować, nie ma liderów, bo stary powiedział, że w takim razie to on prosi o pozycję naukową, a i nikt z zespołu nie pali się do tej papierkowej roboty… Tym samym moja ewentualna współpraca z JRC staje pod wielkim znakiem zapytania, bo może się okazać, że nie będę miała zwyczajnie z kim współpracować… I tak oto mój dobry, wyjazdowy humor został nieco popsuty.

Co do Salzburga to jest to całkiem ładne i okropnie nowobogackie miasteczko. Niestety bardzo ograniczony czas nie pozwolił mi na zwiedzenie choćby 10% miejsc wartych zobaczenia… następnym razem! No i nagle okazało się, że świąteczny market wcale nie musi być kiczowaty i paskudny jak ten w Bolzano. Szczególnie przypadł mi do gustu zapach jaki unosił się nad starym miastem: przyjemna mieszanina zapachu choinki, cukru i przypraw. Nie wiem czy ktoś umyślnie rozpylał taki ester czy też ta upajająca woń utworzyła się samoistnie. No i co najśmieszniejsze na ulicach słychać było więcej włoskiego niż niemieckiego. Tak samo było w restauracjach, włącznie z tym, że większość lokali ma karty dań również w języku włoskim – ach ci turyści! Mimo tego narodowościowego zamieszania, nasza grupa ciągle się wyróżniała. Nagle zdałam sobie sprawię, że to co do tej pory wydawało mi się całkowicie normalne i codzienne, jest swego rodzaju ewenementem. Bo niby jakim sposobem w normalnych warunkach przy jednym stole może siedzieć 5 osób z 4 różnych krajów, na domiar złego porozumiewając się w 4 językach…

Po zwariowanej wycieczce do Austrii nastał czas sobotniego pracowania (jakoś w końcu trzeba odrobić ten dodatkowy urlop) i niedzielnego pakowania. Jakby nie patrzeć Święta już za rogiem, co oznacz dla mnie konieczność przemieszczenia się w przestrzeni, do realności o nazwie Warszawa. W związku z tym przystąpiłam do wstępnego ogarniania paczek i kartonów które muszę zabrać ze sobą. W efekcie porannego odnajdywania rzeczy przeznaczonych do transportu (moich i nie moich), w centralnej części mojego mieszkania powstała całkiem pokaźna sterta dobytku, w którym zdecydowaną większość stanowił alkohol. Nawet nie wiem sama kiedy przeprowadziłam ten skok na monopolowy, ale widok tylu butelek wprawił mnie w osłupienie. Na szczęście EU zapewnia mi beztroski przewóz takich dóbr, więc nie lękajcie się, będzie przy czym snuć te wszystkie opowieści o minionym półroczu ;]


Działania

Informacja

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.