Święta, święta i już po. I już po…

26 12 2011

Tydzień w domu minął właściwie niepostrzeżenie! Owszem plan zajęć był napięty do granic możliwości, ale nawet to nie spowolniło relatywnego upływu czasu. Głównymi punktami programu był kurs teoretyczny na prawo jazdy kategorii A. Nic specjalnie nowego z zajęć nie wyniosłam, poza przekonaniem, że nowelizacja prawa oraz formuły egzaminów szykowana na najbliższe miesiące, jedynie utrudni życie, nie zapewniając lepszej edukacji i świadomości przyszłych/młodych kierowców. Powiem szczerze: poziom kursu był żenujący, a prowadzący choć wielokrotnie zaznaczał swoją wieloletnią praktykę w tej dziedzinie, posługiwał się głównie filmami i innymi pomocami naukowymi sprzed 10 lat (dzięki temu mógł mieć co chwila przerwę na papierosa), sugerując kursantom samodzielne doszkolenie się za pomocą ‘filmów z Internetu’, lub zapewniając, że ‘ten temat przerobią państwo samodzielnie lub podczas jazd’. Jedynymi przydatnymi informacjami były wzmianki o zmianach które mają wejść w życie od marca. Wygląda na to, że w celu poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach, zmniejszona zostanie liczba osób z uprawnieniami do prowadzenia pojazdów. Testy psychomotoryczne, próbne prawo jazdy na rok czy zaostrzone kryteria oceny, mają na celu zmniejszyć obecny poziom zdawalności o… 80%. No bo po co edukować skoro można wyeliminować delikwenta na samym początku, zrzucając mu choćby niewystarczająco szybki czas reakcji.

Poza ‘szkołą’ moje życie wypełniły ‘spotkania towarzyskie’. (Pragnę podziękować wszystkim zaangażowanym w akcję ‘majtasy na zimę’ za pomoc oraz poinformować, że majtasy pasują. Nie wiem co prawda czy nie trafiliśmy na listę ‘Tych klientów nie obsługujemy’ ale cóż, jakieś ofiary trzeba ponosić ;] )

No i gwóźdź programu zostawiłam na koniec: od czwartku mam okazję obserwować nieznana mi bliżej do tej pory formę życia o nazwie ‘kot’. Tak, jest to kolejny przypadek zabierania przez moją siostrę pracy do domu, no ale że nie było innej możliwości, to się musieliśmy poświęcić, zapewniając zwierzakowi tymczasowy dom na święta. Kot był ‘reklamowany’ jako wielbiciel psów i nawet spokojnie zniósł pierwsze zapoznanie z naszym psem, ale niestety w domu okazało się, że coś mu się odwidziało. Pies znosi to wszystko z godnością ale i pewną dozą nerwów, bo nie rozumie dlaczego ‘to dziwnie pachnące nowe futerko’ nie daje się obwąchać?! Po dwóch przeprowadzonych przez kota atakach wszelkie dalsze próby zapoznania zwierzaków zostały definitywnie zaprzestane.

Kot (Koza aka Rysia) jest kotem powypadkowym i mocno autystycznym. Co ciekawe jest też kotem zdecydowanie naziemnym, tak że nawet niska barykada z kartonów ograniczająca jego powierzchnie życiowa do połowy pokoju jest nie do pokonania. Zwierzak jest mocno doświadczony przez los, ale rokowania na nowe życie ma w tej chwili też niepewne. Lwią część czasu śpi (standby mode) udając bochenek i uruchamia się nieco jedynie jak widzi moją siostrę. O traumatycznym dzieciństwie świadczy fakt, że zupełnie nie umie się bawić ‘po kociemu’. Ponieważ nigdy nie było mi dane bliżej przyjrzeć się takiej formie życie, podchodzę do bestii nieufnie i z respektem. Jak trzeba, szybka jest jak diabli i nieprzewidywalna jak rosyjski granat, ale muszę przyznać, że ładny z tej Kozy zwierzak. Moja największe zainteresowanie budzi jednak koci ogon, który wydawać by się mogło, jest bytem zupełnie niezależnym i autonomicznym… Jakby Ktoś chciał zrobić dobry uczynek i uratować jedno futrzaste życie, to niech proszę da mi znać! 





‘Riding the day, every day into sunset, Finding the way back home’

15 12 2011

Już prawie jestem gdzie indziej… już prawie gubię się w dualizmie (czy tylko?) mojego życia. Jestem już szczerze zmęczona tym stanem rzeczy.

Mam nadzieję, że najbliższe 3 tygodnie podbudują mnie nieco na duchu i że w Nowy Rok wejdę z choć odrobinę bardziej optymistycznym nastawieniem…

Do szybkiego ;] 





‘Reality is something that you rise above’

11 12 2011

Nie ma co ukrywać: działo się! A wszystko przez to, że weekend rozpoczął się w czwartek… Po trzech dniach załamywania się poziomem intelektualnym niektórych ludzi z którymi przyszło mi pracować, w czwartkowy poranek zameldowałam się na pokładzie samochodu pędzącego z Ispry do Salzburga, celem spędzenia następne 24h w doborowym towarzystwie znajomych z JRC. Poza niekończącymi się rozmowami plan obejmował: obiad u Barbary (dziewczyny z którą dzieliłam biuro), wieczorny spacer po mieście, kolację w knajpce, kilkugodzinny sen oraz drugą, już poranną dawkę zwiedzania. Aż mi się nie chciało wierzyć, że to już blisko rok, jak wyjechałam z Ispry! Czas leci zdecydowanie za szybko… Na domiar złego dowiedziałam się że decyzją dyrektora centrum, moja akcja będzie od nowego roku podzielona. Nie wiem dlaczego ktoś podjął taka decyzję, ale jedna z najlepszych i najbardziej dynamicznych akcji JRC właśnie przestaje istnieć. Ludzie nie wiedza jeszcze w którym z nowych tworów przyjdzie im pracować, nie ma liderów, bo stary powiedział, że w takim razie to on prosi o pozycję naukową, a i nikt z zespołu nie pali się do tej papierkowej roboty… Tym samym moja ewentualna współpraca z JRC staje pod wielkim znakiem zapytania, bo może się okazać, że nie będę miała zwyczajnie z kim współpracować… I tak oto mój dobry, wyjazdowy humor został nieco popsuty.

Co do Salzburga to jest to całkiem ładne i okropnie nowobogackie miasteczko. Niestety bardzo ograniczony czas nie pozwolił mi na zwiedzenie choćby 10% miejsc wartych zobaczenia… następnym razem! No i nagle okazało się, że świąteczny market wcale nie musi być kiczowaty i paskudny jak ten w Bolzano. Szczególnie przypadł mi do gustu zapach jaki unosił się nad starym miastem: przyjemna mieszanina zapachu choinki, cukru i przypraw. Nie wiem czy ktoś umyślnie rozpylał taki ester czy też ta upajająca woń utworzyła się samoistnie. No i co najśmieszniejsze na ulicach słychać było więcej włoskiego niż niemieckiego. Tak samo było w restauracjach, włącznie z tym, że większość lokali ma karty dań również w języku włoskim – ach ci turyści! Mimo tego narodowościowego zamieszania, nasza grupa ciągle się wyróżniała. Nagle zdałam sobie sprawię, że to co do tej pory wydawało mi się całkowicie normalne i codzienne, jest swego rodzaju ewenementem. Bo niby jakim sposobem w normalnych warunkach przy jednym stole może siedzieć 5 osób z 4 różnych krajów, na domiar złego porozumiewając się w 4 językach…

Po zwariowanej wycieczce do Austrii nastał czas sobotniego pracowania (jakoś w końcu trzeba odrobić ten dodatkowy urlop) i niedzielnego pakowania. Jakby nie patrzeć Święta już za rogiem, co oznacz dla mnie konieczność przemieszczenia się w przestrzeni, do realności o nazwie Warszawa. W związku z tym przystąpiłam do wstępnego ogarniania paczek i kartonów które muszę zabrać ze sobą. W efekcie porannego odnajdywania rzeczy przeznaczonych do transportu (moich i nie moich), w centralnej części mojego mieszkania powstała całkiem pokaźna sterta dobytku, w którym zdecydowaną większość stanowił alkohol. Nawet nie wiem sama kiedy przeprowadziłam ten skok na monopolowy, ale widok tylu butelek wprawił mnie w osłupienie. Na szczęście EU zapewnia mi beztroski przewóz takich dóbr, więc nie lękajcie się, będzie przy czym snuć te wszystkie opowieści o minionym półroczu ;]





Diary of a nolife

4 12 2011

Nawet nie wiem kiedy minął kolejny tydzień! Wydarzenia minionych dni są jedynie świadectwem mojego ‘nolifizmu’. Raport, poprawki do rozdziału który pisze moja szefowa, rada programowa instytutu, gorączkowe przetwarzanie danych, tabun meetingów itp. sprawiły, że do domu wracałam zdecydowanie (za)późno a moje dalsze poczynania ograniczały się jedynie do slalomy między kuchnią, łazienką i łóżkiem. Tydzień zakończyłam piątkowym 14-godzinnym maratonem pisania, uwieńczonym opuszczeniem stanowisk pracy tuż przed 21. Sobotnio-niedzielna przerwa minęła również na robocie (proszę nie komentować!). Tak więc sami widzicie, że tym razem nie pozostaje mi nic innego jak uraczyć Was dawką moich przemyśleń.

Zacznijmy od ‘świątecznej atmosfery’. Bolzano, jak każde porządne niemiecko-austriackie miasto organizuje świąteczny market. Niestety potrzeba zrobienia zakupów (w tygodniu sklepy są zamykane najpóźniej o 18:30 – jawny znacznik niskiego poziomu miejscowej cywilizacji), które jakimś sposobem nie doszły do skutku w ciągu tygodnia, zagnała mnie do miasta w sobotni poranek. Chcąc nie chcąc zostałam więc wepchnięta w wir przedświątecznej gorączki, a wrodzona ciekawość pchnęła mnie do tego przedsionka piekła jakim jest wspomniany wcześniej świąteczny market. Zaprawdę powiadam Wam, zakopiańskie Krupówki w szczycie sezonu są mniej kiczowate i przyjemniejsze! Nie wiem jak można lubić takie paskudne targowisko potwornie drogiej tandety, a tym bardziej zaciągać na nie jeszcze teoretycznie nieskażone ‘złym smakiem’ dzieci. Okropność że zęby bolą a wszystko w nalepkami ‘made in China’. Zakupy w ‘normalnym centrum handlowym’ też napełniły mnie i tak już dobrze rozwiniętą i zakorzenioną niechęcią do Świąt. Zastanawia mnie dlaczego jeszcze nie napisano żadnej kolędy o konsumpcjonizmie i obłudzie towarzyszącym temu okresowi roku…
A jeżeli już jesteśmy przy konsumpcjonizmie, to muszę się przyznać, że przeprowadzka do mojego (już-nie-tak) nowego lokum zainspirowała mnie do wznowienia przygód kulinarnych. Porzuciłam więc schemat żywieniowy PPP (płatki-pizza-pizza) i zaczęłam używać wyobraźni, 4 fajerek i piekarnika. Szczególnie dumna jestem z podjęcia wyzwania i rozpoczęcia wypieku własnego chleba. Po zwykłym białym i bagietce przechodzę obecnie fazę na ‘szybki letni chleb’ z ziemniakami. Takiego cuda to się w sklepie nie dostanie. Nawet moje bardzo słabe zdolności piekarza pozwalają na otrzymanie czegoś tak przepysznego, że tylko zdrowy rozsądek powstrzymuje mnie przed zjedzeniem całego bochenka zaraz po wyjęciu z pieca. Ten i inne eksperymenty są do wglądu poniżej ;]

No i ostatnie przemyślenie na ten tydzień: Kilka dni temu skończyłam czytać ‘Twilight’. Sympatia wobec wszystkiego co nierealne, magiczne i mistyczne oraz zwykła ciekawość sprawiła że jakiś czas temu zgwałciłam mój mózg filmem o świecących wampirach. Postanowiłam sprawdzić jak dalece ekranizacja odbiega od książki. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie spotkałam się z przypadkiem, w którym film zawiera całą fabułę dzieła literackiego. A tu proszę, słowo w słowo, kropka w kropkę (no może z trzema stronami różnicy, które dodali znudzeni scenarzyści). Poza oczywistą zagadką kto zdecydował żeby Edwarda zagrało to coś co go zagrało, reszta pasuje nawet nieźle. Co więcej film przewyższa swój książkowy odpowiednik, bo jednak mimo wszystko nie epatuje tanim romansem na każdym kroku (tylko na co drugim). Wszystko mogę podsumować w trzech słowach: Skok na kasę. Średnio utalentowana pisarka znalazła sobie wymarzoną niszę literacką, adresując swoje książki do nastoletnich czytelników, już za starych na durne kreskówki, ale zarazem spragnionych taniej podniety. Dodać do tego szczyptę emo i off-streamu i mamy super sprzedającą się mieszankę. Popkultura w każdym wymiarze. A zatem jeżeli czeka Was długa i nudna podróż pociągiem, a czytanie harlekina uważacie za ‘nieodpowiednie’, Twilight to znakomita alternatywa! 








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.