To był… dziwny tydzień… można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że to był ‘zły tydzień’.
Wszystko zaczęło się od przeziębienia, które z poniedziałek było już ordynarna grypą. Napięty grafik nie pozwalał na spokojne chorowanie, więc do środy pracowałam w domu. Powrót do biura wystawił mnie jedynie na kolejne porcje zarazków, bo jak to już kiedyś wspominałam open-space jest wprost wymarzonym środowiskiem do rozprzestrzeniania się chorób. Tak więc od czwartku do i tak pokaźnego pakietu dolegliwości dołączył zanik głosu (który w sumie i tak przeszkadza mi najmniej).
Poza tym do dość długiej listy moich nieformalnych obowiązków doszło nadzorowanie nowej praktykantki, która ma dla nas zbierać i przetwarzać dane o zagrożeniach i klęskach w lasach Południowego Tyrolu. Mimo że moje stanowisko i funkcja nie obejmują ‘kierowania ludźmi’ ale nikt inny się tym nie ma czasu zająć, i to ja głównie potrzebuję tych danych, z braku laku zaszczyt spadł na mnie. Niestety chwilowo poniosłam na tym froncie sromotną klęskę: pokrótce wyłożyłam więc dziewczęciu o co mi chodzi, jakie informacje mamy i jakich potrzebujemy. Nakreśliłam również wstępną propozycję jak takie dane można zdobyć i gdzie (choć w sumie to już ona powinna się w tym lepiej orientować). Moje stanowisko zostało jednak dokumentnie storpedowane argumentem, który po prostu mnie zamurował: ‘Ależ to za dużo pracy! To by zajęło ponad trzy tygodnie!’. Tak więc nie będąc w mocy postawienia dziewczęcia do pionu i przypomnienia, ze to chyba właśnie jest jej praca, zebrałam szczękę z podłogi i wróciłam do moich ‘zabawek’.
Dodatkowym informacyjnym hitem tygodnia jest krążąca w obiegu zamkniętym plotka, o szybkim odejściu jednego z członków zespołu. Z jednej strony całkowicie gościa rozumiem – jedzie do Norwegii robić doktorat w ulubionej dziedzinie; zarazem jednak oznacza to, że i tak malutka grupa ludzi z wykształceniem teledetekcyjnym i jakimkolwiek doświadczeniem w przetwarzaniu obrazów satelitarnych zmniejsza się do 4 sztuk! Biorąc pod uwagę, że instytut ma w nazwie teledetekcję, jest to śmieszna liczba składająca się na jeszcze śmieszniejszy procent pracowników… Pomijam już fakt, że nagle trzy wielkie projekty zostają bez opieki i siły roboczej.
Coś jednak jest dziwnego w tym miejscy, co sprawia, że nikt tutaj nie chce zostać. Z kimkolwiek się rozmawia, zawsze ostatecznie okazuje się, że ludzie tylko czekają do odpowiedniego momentu żeby stąd zwiać (a to dzieci szkołę skończą, a to coś innego). Nie wspominając już o fakcie, że blisko połowa chciałaby się ‘przekwalifikować’, zostawiając prace biurową daleko za sobą i próbując swoich sił w ekologicznym rolnictwie, lub innym ratowaniu lasów ameryki Południowej. W sumie to doskonale ich rozumiem. Nie jestem jednak w stanie wytłumaczyć tego fenomenu… w JRC takie zjawisko nie występowało! Owszem znam jednego chłopaka, który nagle po 15 latach pracy jako programista zaczął budować rowery, ale jest to przypadek odosobniony (i godny naśladowania ;P).
Ostatecznie więc tydzień kończę rozmyślaniami z kieliszkiem wina w dłoni. Moja Mama złożyła zamówienie na kilka butelek wybranego wina i jestem ciekawa co w nim takiego niezwykłego… Jak musiałam się namęczyć żeby odkorkować butelkę to już zupełnie inna historia (dawno temu rodziciel zadbał, żeby jego pociecha dostała szwajcarski scyzoryk ze śrubokrętem w gwiazdkę zamiast korkociągu…).




