‘I was expecting applause but I suppose stunned silence is equally appropriate.’

27 11 2011

Nie ma to jak rozpocząć niedzielny poranek o 7 rano, po 11 godzinach porządnego snu! Ma to wiele zalet począwszy od faktu, że dopiero wtedy pierwsze nieśmiałe promienie słońca zaczynają wyglądać zza gór, a skończywszy na fakcie, że tym sposobem o 11 ma się już za sobą wszystkie niedzielne obowiązki w postaci sprzątania, prania, przeglądu pracy i pieczenia chleba. Siedząc z herbatą na tarasie można się zacząć zastanawiać czyby ból nóg po wczorajszej wyprawie w góry jest wystarczająca wymówką żeby nie wsiąść na rower i nie ruszyć w świat.

Kolejny tydzień nie przyniósł w zasadzie nic nowego. Praca leży i kwiczy, a ja dzielnie i uparcie sprawiam dobre wrażenie. Jedyne co się ruszyło, to dzięki spotkaniu z dyrektorem instytutu moje dziewczę ruszyło do roboty.

Poza tym hitem tygodnia była akcja ‘paragraf’ w wykonaniu mojej Mamy. Siedzę sobie w pracy, a tu nagle mail od Rodzicielki: ‘Skype’. No to ja kompa pod pachę i do sali konferencyjnej, żeby nie przeszkadzać moim pracowitym mróweczkom z open-space. Zanim się połączyłam przed oczyma wyobraźni przeleciały mi wszystkie możliwe powody tak nagłej potrzeby komunikacji. Do głowy mi nie przyszło oczywiście, że powodem tego ‘stanu wyjątkowego’ był znak paragrafu, a konkretnie jego brak na klawiaturze. Konsultacje z obsługi Worda o każdej prze dnia i nocy! ;]

Z innych ciekawostek, postanowiłam w końcu zabrać się za spełnianie ‘marzeń’ i zapisałam się na kurs prawa jazdy kategorii A. kurs oczywiście robię w PL, więc zajmie mi to odpowiednio długo, ale liczę że jakoś w wakacje uda się podejść do egzaminu. O ogólnej ‘euforii’ jaka zapanowała w domu po obwieszczeniu radosnej nowiny, chyba nie muszę mówić ;P





‘Deep in the human unconscious is a pervasive need fr a logical universe that makes sense. But the real universe is always one step beyond logic.’

20 11 2011

To był… dziwny tydzień… można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że to był ‘zły tydzień’.

Wszystko zaczęło się od przeziębienia, które z poniedziałek było już ordynarna grypą. Napięty grafik nie pozwalał na spokojne chorowanie, więc do środy pracowałam w domu. Powrót do biura wystawił mnie jedynie na kolejne porcje zarazków, bo jak to już kiedyś wspominałam open-space jest wprost wymarzonym środowiskiem do rozprzestrzeniania się chorób. Tak więc od czwartku do i tak pokaźnego pakietu dolegliwości dołączył zanik głosu (który w sumie i tak przeszkadza mi najmniej).
Poza tym do dość długiej listy moich nieformalnych obowiązków doszło nadzorowanie nowej praktykantki, która ma dla nas zbierać i przetwarzać dane o zagrożeniach i klęskach w lasach Południowego Tyrolu. Mimo że moje stanowisko i funkcja nie obejmują ‘kierowania ludźmi’ ale nikt inny się tym nie ma czasu zająć, i to ja głównie potrzebuję tych danych, z braku laku zaszczyt spadł na mnie. Niestety chwilowo poniosłam na tym froncie sromotną klęskę: pokrótce wyłożyłam więc dziewczęciu o co mi chodzi, jakie informacje mamy i jakich potrzebujemy. Nakreśliłam również wstępną propozycję jak takie dane można zdobyć i gdzie (choć w sumie to już ona powinna się w tym lepiej orientować). Moje stanowisko zostało jednak dokumentnie storpedowane argumentem, który po prostu mnie zamurował: ‘Ależ to za dużo pracy! To by zajęło ponad trzy tygodnie!’. Tak więc nie będąc w mocy postawienia dziewczęcia do pionu i przypomnienia, ze to chyba właśnie jest jej praca, zebrałam szczękę z podłogi i wróciłam do moich ‘zabawek’.

Dodatkowym informacyjnym hitem tygodnia jest krążąca w obiegu zamkniętym plotka, o szybkim odejściu jednego z członków zespołu. Z jednej strony całkowicie gościa rozumiem – jedzie do Norwegii robić doktorat w ulubionej dziedzinie; zarazem jednak oznacza to, że i tak malutka grupa ludzi z wykształceniem teledetekcyjnym i jakimkolwiek doświadczeniem w przetwarzaniu obrazów satelitarnych zmniejsza się do 4 sztuk! Biorąc pod uwagę, że instytut ma w nazwie teledetekcję, jest to śmieszna liczba składająca się na jeszcze śmieszniejszy procent pracowników… Pomijam już fakt, że nagle trzy wielkie projekty zostają bez opieki i siły roboczej.
Coś jednak jest dziwnego w tym miejscy, co sprawia, że nikt tutaj nie chce zostać. Z kimkolwiek się rozmawia, zawsze ostatecznie okazuje się, że ludzie tylko czekają do odpowiedniego momentu żeby stąd zwiać (a to dzieci szkołę skończą, a to coś innego). Nie wspominając już o fakcie, że blisko połowa chciałaby się ‘przekwalifikować’, zostawiając prace biurową daleko za sobą i próbując swoich sił w ekologicznym rolnictwie, lub innym ratowaniu lasów ameryki Południowej. W sumie to doskonale ich rozumiem. Nie jestem jednak w stanie wytłumaczyć tego fenomenu… w JRC takie zjawisko nie występowało! Owszem znam jednego chłopaka, który nagle po 15 latach pracy jako programista zaczął budować rowery, ale jest to przypadek odosobniony (i godny naśladowania ;P).
Ostatecznie więc tydzień kończę rozmyślaniami z kieliszkiem wina w dłoni. Moja Mama złożyła zamówienie na kilka butelek wybranego wina i jestem ciekawa co w nim takiego niezwykłego… Jak musiałam się namęczyć żeby odkorkować butelkę to już zupełnie inna historia (dawno temu rodziciel zadbał, żeby jego pociecha dostała szwajcarski scyzoryk ze śrubokrętem w gwiazdkę zamiast korkociągu…). 





‘Not this way…’

15 11 2011

Listopad…

… Estonia





‘My lungs taste the air of Time blown past falling sands…’

13 11 2011

Nic tak nie wpędza w depresję jak rozmowa z Rodziną. Nie dość, że człowiek dowiaduje się, że tak właściwie to wbrew pozorom to nikomu do niczego nie jest potrzebny, to jeszcze przy odrobinie szczęścia może zostać uświadomiony, że ‘dobiega wieku średniego’. Tiaaa… Scenariusz Kiepskich i Big Brothera razem wzięte, to pikuś w zestawieniu z moją Rodziną! I jak tu się potem dziwić, że nie jestem normalna?! Na dokładkę do naszego życia rodzinnego powoli wchodzi nowy, ‘rozrywkowy’ element w postaci przynoszenia przez moją siostrę do domu ‘pracy’… a że Dziecię pracuje w dwóch klinikach weterynaryjnych to okazjonalnie spokojne rodzinne gniazdko potrafi zamienić się w Ponton Noego. W takim zestawieniu, moja obecna egzystencja jest flegmatyczna, pełna rutyny i uporządkowania.

Kolejny mijający tydzień znowu zostawił mnie ze świadomością, że właściwie nic w tym czasie nie zrobiłam… No niby ‘wypchnęłam’ artykuł (aż się boje ilości pracy jak wróci od recenzentów), niby coś tam poobliczałam, niby wymieniłam kilka ważnych e-maili, niby sprytnie wykręciłam się z instytutowego obiadu integracyjnego (ha!) ale jednak to wszystko ciągle składa się na ‘nic’… a terminy gonią jak oszalałe króliki w kapuście…
Jedynym osiągnięciem, było uświadomienie sobie w jak fatalnej kondycji fizycznej jestem! W porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy to miałam co najmniej 2 trening w tygodniu, plus weekendowe szaleństwa, teraz nie robię nic, az się chce płakać. Wyraźnie zaczyna się to odbijać na zdrowiu i wydajności pracy. Po prostu mój organizm nie jest w stanie wysiedzieć w jednym miejscu i zaczynam mieć syndrom ‘biegających nóżek’. Jest tak źle, że nawet basen wydaje się kusząca opcją! Wypady w góry niestety nie zapewniają wystarczającej ilości ruchu… Oczywiście są lepsze niż nic, ale nawet 8 godzin chodzenia nie może się równać z 1,5 godziny szaleńczego biegania za piłką (różnej wielkości).
I tak to piszę tą notkę szamiąc nachos z tzatzyki-em… pełna porażka i upadek…








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.