‘Sometimes I’m in disbelief I didn’t know, somehow I need to be alone…’

22 01 2012

Raz na jakiś czas każdego dopada chęć lekkiego ‘złajdaczenia się’. Stoczenia się na dno, zapadnięcia w letarg/marazm, spicia lub zrobienia czegokolwiek innego co choć trochę uwalnia od rutyny codzienności. Taka krótka nirvana ma dobroczynny wpływ na życie i percepcję świata.

Otóż właśnie przechodzę taki okres. Przy czym w moim przypadku wygląda to dość… osobliwie. Moje łajdaczenie składa się bowiem głównie ze spania, jedzenia i słuchania muzyki (również będącej efektem osobistego szarpania drutów). Może wpisuję się w naukowo dowiedziony nurt depresji ponoworocznej, może ciągle ‘odreagowuje’ wakacje, a może do wszystkiego dokłada się jeszcze kilka innych czynników. W każdym razie właśnie kończy się drugi weekend który spędziłam głównie śpiąc i jedząc (oj zaszalałam kulinarnie, aż mi się lodówka nie chce domknąć). Było nawet miło i tylko raz przepiękna pogoda sprowokowała mnie do rowerowego szaleństwa które zaowocowało dokumentnym zabłoceniem. Może ten tydzień wniesie w moje życie nieco więcej dynamizmu… może tak a może nie… 





‘I’m not crazy, my reality is just different than yours.’

15 01 2012

Nie ma nic wspanialszego jak powrót po wakacjach, do codziennego, spokojnego, ułożonego życia. Człowiek może się wreszcie porządnie wyspać po 12h, nie ma żadnych napiętych terminów (przynajmniej na razie) i rozkoszuje się przewidywalną samotnością egzystencji. Nie ma też nic gorszego i bardziej przygnębiającego jak powrót po wakacjach do codziennego, spokojnego, ułożonego życia. Nikt nie zaskoczy zaproszeniem na kawę, nie wygoni na spacer z psem ani nie podsunie pod nos ciepłej szarlotki. Jednym słowem: ‘Witaj bolzańska rzeczywistości!’.

Nie da się ukryć, że wakacje nieco mnie zmęczyły (i odchudziły), ale w sumie w pozytywnym znaczeniu. Działo się bardzo dużo ale w 99% były to rzeczy fajne i miłe, które zresztą sama sobie zwaliłam na głowę. Były więc dziwne święta z kotem, Sylwester który przespałam w najlepsze (no prawie bo przed pierwszą Koza odczuła nagłą potrzebę kontaktu z człowiekiem i się na mnie zwaliła), dwa remonty (w końcu trzeba się uczyć jakiejś pożytecznej profesji, bo doktorat nie trwa wiecznie), kurs na motor (na razie tylko teoria, ale zawsze coś) i całkiem sporo spotkań towarzyskich (śniadanie z jajecznicą bezsprzecznie plasuje się jako mój numer jeden! ;] ). Z tego wszystkiego oczywiście praca zeszła na plan dalszy, albo wręcz ostatni i zamiast przesiedzieć grzecznie przed komputerem, względnie z artykułami w ręku, całe pięć dni, może w sumie udało mi się przepracować 2,5. Jak szybko tego nie nadrobię to dostanie mi się potężnie po uszach… ;| No ale było warto, nie ma co.

Ponieważ to pierwsza notka w Nowym, 2012 roku, czas na małe podsumowanie minionych 365 dni. Może nudne życie udało mi się podsumować w 46 postach zilustrowanych 280-cioma zdjęciami! Moja transkontynentalna egzystencja zmusiła mnie do pokonania samochodem około 21 tysięcy kilometrów i (licząc pobieżnie) niecałych 3 tysięcy km pociągami. Odkryte w Isprze zamiłowanie do dwóch kółek przejawiło się w postaci 3140km wycieczek rowerowych. Niestety, wbrew przewidywaniom nie udało mi się objechać brakujących jezior Północnych Włoch. No i ku wielkiemu zaskoczeniu (mojemu także) okazało się że mieszkanie w górach wcale nie wpływa pozytywnie na zwiększenie aktywności trekingowej. Świadczyć o tym mogą wymownie jedynie 284 kilometry pokonane na górskich szlakach, z czego blisko 100 zostało przedeptane w Szwecji.

Karierę naukową mogę podsumować właściwie jednym zdaniem: ‘jeszcze nikogo nie zabiłam’.

I tak oto wkraczam w kolejny rok życia na obczyźnie. W przeciwieństwie do dotychczasowych, ten raczej mnie niczym nie zaskoczy. Skazana jestem zatem na rutynę dnia codziennego i kontynuację zmagań z już znanymi mi problemami i ludźmi.

powiew nudy nieco mnie przeraził!





Święta, święta i już po. I już po…

26 12 2011

Tydzień w domu minął właściwie niepostrzeżenie! Owszem plan zajęć był napięty do granic możliwości, ale nawet to nie spowolniło relatywnego upływu czasu. Głównymi punktami programu był kurs teoretyczny na prawo jazdy kategorii A. Nic specjalnie nowego z zajęć nie wyniosłam, poza przekonaniem, że nowelizacja prawa oraz formuły egzaminów szykowana na najbliższe miesiące, jedynie utrudni życie, nie zapewniając lepszej edukacji i świadomości przyszłych/młodych kierowców. Powiem szczerze: poziom kursu był żenujący, a prowadzący choć wielokrotnie zaznaczał swoją wieloletnią praktykę w tej dziedzinie, posługiwał się głównie filmami i innymi pomocami naukowymi sprzed 10 lat (dzięki temu mógł mieć co chwila przerwę na papierosa), sugerując kursantom samodzielne doszkolenie się za pomocą ‘filmów z Internetu’, lub zapewniając, że ‘ten temat przerobią państwo samodzielnie lub podczas jazd’. Jedynymi przydatnymi informacjami były wzmianki o zmianach które mają wejść w życie od marca. Wygląda na to, że w celu poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach, zmniejszona zostanie liczba osób z uprawnieniami do prowadzenia pojazdów. Testy psychomotoryczne, próbne prawo jazdy na rok czy zaostrzone kryteria oceny, mają na celu zmniejszyć obecny poziom zdawalności o… 80%. No bo po co edukować skoro można wyeliminować delikwenta na samym początku, zrzucając mu choćby niewystarczająco szybki czas reakcji.

Poza ‘szkołą’ moje życie wypełniły ‘spotkania towarzyskie’. (Pragnę podziękować wszystkim zaangażowanym w akcję ‘majtasy na zimę’ za pomoc oraz poinformować, że majtasy pasują. Nie wiem co prawda czy nie trafiliśmy na listę ‘Tych klientów nie obsługujemy’ ale cóż, jakieś ofiary trzeba ponosić ;] )

No i gwóźdź programu zostawiłam na koniec: od czwartku mam okazję obserwować nieznana mi bliżej do tej pory formę życia o nazwie ‘kot’. Tak, jest to kolejny przypadek zabierania przez moją siostrę pracy do domu, no ale że nie było innej możliwości, to się musieliśmy poświęcić, zapewniając zwierzakowi tymczasowy dom na święta. Kot był ‘reklamowany’ jako wielbiciel psów i nawet spokojnie zniósł pierwsze zapoznanie z naszym psem, ale niestety w domu okazało się, że coś mu się odwidziało. Pies znosi to wszystko z godnością ale i pewną dozą nerwów, bo nie rozumie dlaczego ‘to dziwnie pachnące nowe futerko’ nie daje się obwąchać?! Po dwóch przeprowadzonych przez kota atakach wszelkie dalsze próby zapoznania zwierzaków zostały definitywnie zaprzestane.

Kot (Koza aka Rysia) jest kotem powypadkowym i mocno autystycznym. Co ciekawe jest też kotem zdecydowanie naziemnym, tak że nawet niska barykada z kartonów ograniczająca jego powierzchnie życiowa do połowy pokoju jest nie do pokonania. Zwierzak jest mocno doświadczony przez los, ale rokowania na nowe życie ma w tej chwili też niepewne. Lwią część czasu śpi (standby mode) udając bochenek i uruchamia się nieco jedynie jak widzi moją siostrę. O traumatycznym dzieciństwie świadczy fakt, że zupełnie nie umie się bawić ‘po kociemu’. Ponieważ nigdy nie było mi dane bliżej przyjrzeć się takiej formie życie, podchodzę do bestii nieufnie i z respektem. Jak trzeba, szybka jest jak diabli i nieprzewidywalna jak rosyjski granat, ale muszę przyznać, że ładny z tej Kozy zwierzak. Moja największe zainteresowanie budzi jednak koci ogon, który wydawać by się mogło, jest bytem zupełnie niezależnym i autonomicznym… Jakby Ktoś chciał zrobić dobry uczynek i uratować jedno futrzaste życie, to niech proszę da mi znać! 





‘Riding the day, every day into sunset, Finding the way back home’

15 12 2011

Już prawie jestem gdzie indziej… już prawie gubię się w dualizmie (czy tylko?) mojego życia. Jestem już szczerze zmęczona tym stanem rzeczy.

Mam nadzieję, że najbliższe 3 tygodnie podbudują mnie nieco na duchu i że w Nowy Rok wejdę z choć odrobinę bardziej optymistycznym nastawieniem…

Do szybkiego ;] 





‘Reality is something that you rise above’

11 12 2011

Nie ma co ukrywać: działo się! A wszystko przez to, że weekend rozpoczął się w czwartek… Po trzech dniach załamywania się poziomem intelektualnym niektórych ludzi z którymi przyszło mi pracować, w czwartkowy poranek zameldowałam się na pokładzie samochodu pędzącego z Ispry do Salzburga, celem spędzenia następne 24h w doborowym towarzystwie znajomych z JRC. Poza niekończącymi się rozmowami plan obejmował: obiad u Barbary (dziewczyny z którą dzieliłam biuro), wieczorny spacer po mieście, kolację w knajpce, kilkugodzinny sen oraz drugą, już poranną dawkę zwiedzania. Aż mi się nie chciało wierzyć, że to już blisko rok, jak wyjechałam z Ispry! Czas leci zdecydowanie za szybko… Na domiar złego dowiedziałam się że decyzją dyrektora centrum, moja akcja będzie od nowego roku podzielona. Nie wiem dlaczego ktoś podjął taka decyzję, ale jedna z najlepszych i najbardziej dynamicznych akcji JRC właśnie przestaje istnieć. Ludzie nie wiedza jeszcze w którym z nowych tworów przyjdzie im pracować, nie ma liderów, bo stary powiedział, że w takim razie to on prosi o pozycję naukową, a i nikt z zespołu nie pali się do tej papierkowej roboty… Tym samym moja ewentualna współpraca z JRC staje pod wielkim znakiem zapytania, bo może się okazać, że nie będę miała zwyczajnie z kim współpracować… I tak oto mój dobry, wyjazdowy humor został nieco popsuty.

Co do Salzburga to jest to całkiem ładne i okropnie nowobogackie miasteczko. Niestety bardzo ograniczony czas nie pozwolił mi na zwiedzenie choćby 10% miejsc wartych zobaczenia… następnym razem! No i nagle okazało się, że świąteczny market wcale nie musi być kiczowaty i paskudny jak ten w Bolzano. Szczególnie przypadł mi do gustu zapach jaki unosił się nad starym miastem: przyjemna mieszanina zapachu choinki, cukru i przypraw. Nie wiem czy ktoś umyślnie rozpylał taki ester czy też ta upajająca woń utworzyła się samoistnie. No i co najśmieszniejsze na ulicach słychać było więcej włoskiego niż niemieckiego. Tak samo było w restauracjach, włącznie z tym, że większość lokali ma karty dań również w języku włoskim – ach ci turyści! Mimo tego narodowościowego zamieszania, nasza grupa ciągle się wyróżniała. Nagle zdałam sobie sprawię, że to co do tej pory wydawało mi się całkowicie normalne i codzienne, jest swego rodzaju ewenementem. Bo niby jakim sposobem w normalnych warunkach przy jednym stole może siedzieć 5 osób z 4 różnych krajów, na domiar złego porozumiewając się w 4 językach…

Po zwariowanej wycieczce do Austrii nastał czas sobotniego pracowania (jakoś w końcu trzeba odrobić ten dodatkowy urlop) i niedzielnego pakowania. Jakby nie patrzeć Święta już za rogiem, co oznacz dla mnie konieczność przemieszczenia się w przestrzeni, do realności o nazwie Warszawa. W związku z tym przystąpiłam do wstępnego ogarniania paczek i kartonów które muszę zabrać ze sobą. W efekcie porannego odnajdywania rzeczy przeznaczonych do transportu (moich i nie moich), w centralnej części mojego mieszkania powstała całkiem pokaźna sterta dobytku, w którym zdecydowaną większość stanowił alkohol. Nawet nie wiem sama kiedy przeprowadziłam ten skok na monopolowy, ale widok tylu butelek wprawił mnie w osłupienie. Na szczęście EU zapewnia mi beztroski przewóz takich dóbr, więc nie lękajcie się, będzie przy czym snuć te wszystkie opowieści o minionym półroczu ;]





Diary of a nolife

4 12 2011

Nawet nie wiem kiedy minął kolejny tydzień! Wydarzenia minionych dni są jedynie świadectwem mojego ‘nolifizmu’. Raport, poprawki do rozdziału który pisze moja szefowa, rada programowa instytutu, gorączkowe przetwarzanie danych, tabun meetingów itp. sprawiły, że do domu wracałam zdecydowanie (za)późno a moje dalsze poczynania ograniczały się jedynie do slalomy między kuchnią, łazienką i łóżkiem. Tydzień zakończyłam piątkowym 14-godzinnym maratonem pisania, uwieńczonym opuszczeniem stanowisk pracy tuż przed 21. Sobotnio-niedzielna przerwa minęła również na robocie (proszę nie komentować!). Tak więc sami widzicie, że tym razem nie pozostaje mi nic innego jak uraczyć Was dawką moich przemyśleń.

Zacznijmy od ‘świątecznej atmosfery’. Bolzano, jak każde porządne niemiecko-austriackie miasto organizuje świąteczny market. Niestety potrzeba zrobienia zakupów (w tygodniu sklepy są zamykane najpóźniej o 18:30 – jawny znacznik niskiego poziomu miejscowej cywilizacji), które jakimś sposobem nie doszły do skutku w ciągu tygodnia, zagnała mnie do miasta w sobotni poranek. Chcąc nie chcąc zostałam więc wepchnięta w wir przedświątecznej gorączki, a wrodzona ciekawość pchnęła mnie do tego przedsionka piekła jakim jest wspomniany wcześniej świąteczny market. Zaprawdę powiadam Wam, zakopiańskie Krupówki w szczycie sezonu są mniej kiczowate i przyjemniejsze! Nie wiem jak można lubić takie paskudne targowisko potwornie drogiej tandety, a tym bardziej zaciągać na nie jeszcze teoretycznie nieskażone ‘złym smakiem’ dzieci. Okropność że zęby bolą a wszystko w nalepkami ‘made in China’. Zakupy w ‘normalnym centrum handlowym’ też napełniły mnie i tak już dobrze rozwiniętą i zakorzenioną niechęcią do Świąt. Zastanawia mnie dlaczego jeszcze nie napisano żadnej kolędy o konsumpcjonizmie i obłudzie towarzyszącym temu okresowi roku…
A jeżeli już jesteśmy przy konsumpcjonizmie, to muszę się przyznać, że przeprowadzka do mojego (już-nie-tak) nowego lokum zainspirowała mnie do wznowienia przygód kulinarnych. Porzuciłam więc schemat żywieniowy PPP (płatki-pizza-pizza) i zaczęłam używać wyobraźni, 4 fajerek i piekarnika. Szczególnie dumna jestem z podjęcia wyzwania i rozpoczęcia wypieku własnego chleba. Po zwykłym białym i bagietce przechodzę obecnie fazę na ‘szybki letni chleb’ z ziemniakami. Takiego cuda to się w sklepie nie dostanie. Nawet moje bardzo słabe zdolności piekarza pozwalają na otrzymanie czegoś tak przepysznego, że tylko zdrowy rozsądek powstrzymuje mnie przed zjedzeniem całego bochenka zaraz po wyjęciu z pieca. Ten i inne eksperymenty są do wglądu poniżej ;]

No i ostatnie przemyślenie na ten tydzień: Kilka dni temu skończyłam czytać ‘Twilight’. Sympatia wobec wszystkiego co nierealne, magiczne i mistyczne oraz zwykła ciekawość sprawiła że jakiś czas temu zgwałciłam mój mózg filmem o świecących wampirach. Postanowiłam sprawdzić jak dalece ekranizacja odbiega od książki. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie spotkałam się z przypadkiem, w którym film zawiera całą fabułę dzieła literackiego. A tu proszę, słowo w słowo, kropka w kropkę (no może z trzema stronami różnicy, które dodali znudzeni scenarzyści). Poza oczywistą zagadką kto zdecydował żeby Edwarda zagrało to coś co go zagrało, reszta pasuje nawet nieźle. Co więcej film przewyższa swój książkowy odpowiednik, bo jednak mimo wszystko nie epatuje tanim romansem na każdym kroku (tylko na co drugim). Wszystko mogę podsumować w trzech słowach: Skok na kasę. Średnio utalentowana pisarka znalazła sobie wymarzoną niszę literacką, adresując swoje książki do nastoletnich czytelników, już za starych na durne kreskówki, ale zarazem spragnionych taniej podniety. Dodać do tego szczyptę emo i off-streamu i mamy super sprzedającą się mieszankę. Popkultura w każdym wymiarze. A zatem jeżeli czeka Was długa i nudna podróż pociągiem, a czytanie harlekina uważacie za ‘nieodpowiednie’, Twilight to znakomita alternatywa! 





‘I was expecting applause but I suppose stunned silence is equally appropriate.’

27 11 2011

Nie ma to jak rozpocząć niedzielny poranek o 7 rano, po 11 godzinach porządnego snu! Ma to wiele zalet począwszy od faktu, że dopiero wtedy pierwsze nieśmiałe promienie słońca zaczynają wyglądać zza gór, a skończywszy na fakcie, że tym sposobem o 11 ma się już za sobą wszystkie niedzielne obowiązki w postaci sprzątania, prania, przeglądu pracy i pieczenia chleba. Siedząc z herbatą na tarasie można się zacząć zastanawiać czyby ból nóg po wczorajszej wyprawie w góry jest wystarczająca wymówką żeby nie wsiąść na rower i nie ruszyć w świat.

Kolejny tydzień nie przyniósł w zasadzie nic nowego. Praca leży i kwiczy, a ja dzielnie i uparcie sprawiam dobre wrażenie. Jedyne co się ruszyło, to dzięki spotkaniu z dyrektorem instytutu moje dziewczę ruszyło do roboty.

Poza tym hitem tygodnia była akcja ‘paragraf’ w wykonaniu mojej Mamy. Siedzę sobie w pracy, a tu nagle mail od Rodzicielki: ‘Skype’. No to ja kompa pod pachę i do sali konferencyjnej, żeby nie przeszkadzać moim pracowitym mróweczkom z open-space. Zanim się połączyłam przed oczyma wyobraźni przeleciały mi wszystkie możliwe powody tak nagłej potrzeby komunikacji. Do głowy mi nie przyszło oczywiście, że powodem tego ‘stanu wyjątkowego’ był znak paragrafu, a konkretnie jego brak na klawiaturze. Konsultacje z obsługi Worda o każdej prze dnia i nocy! ;]

Z innych ciekawostek, postanowiłam w końcu zabrać się za spełnianie ‘marzeń’ i zapisałam się na kurs prawa jazdy kategorii A. kurs oczywiście robię w PL, więc zajmie mi to odpowiednio długo, ale liczę że jakoś w wakacje uda się podejść do egzaminu. O ogólnej ‘euforii’ jaka zapanowała w domu po obwieszczeniu radosnej nowiny, chyba nie muszę mówić ;P





‘Deep in the human unconscious is a pervasive need fr a logical universe that makes sense. But the real universe is always one step beyond logic.’

20 11 2011

To był… dziwny tydzień… można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że to był ‘zły tydzień’.

Wszystko zaczęło się od przeziębienia, które z poniedziałek było już ordynarna grypą. Napięty grafik nie pozwalał na spokojne chorowanie, więc do środy pracowałam w domu. Powrót do biura wystawił mnie jedynie na kolejne porcje zarazków, bo jak to już kiedyś wspominałam open-space jest wprost wymarzonym środowiskiem do rozprzestrzeniania się chorób. Tak więc od czwartku do i tak pokaźnego pakietu dolegliwości dołączył zanik głosu (który w sumie i tak przeszkadza mi najmniej).
Poza tym do dość długiej listy moich nieformalnych obowiązków doszło nadzorowanie nowej praktykantki, która ma dla nas zbierać i przetwarzać dane o zagrożeniach i klęskach w lasach Południowego Tyrolu. Mimo że moje stanowisko i funkcja nie obejmują ‘kierowania ludźmi’ ale nikt inny się tym nie ma czasu zająć, i to ja głównie potrzebuję tych danych, z braku laku zaszczyt spadł na mnie. Niestety chwilowo poniosłam na tym froncie sromotną klęskę: pokrótce wyłożyłam więc dziewczęciu o co mi chodzi, jakie informacje mamy i jakich potrzebujemy. Nakreśliłam również wstępną propozycję jak takie dane można zdobyć i gdzie (choć w sumie to już ona powinna się w tym lepiej orientować). Moje stanowisko zostało jednak dokumentnie storpedowane argumentem, który po prostu mnie zamurował: ‘Ależ to za dużo pracy! To by zajęło ponad trzy tygodnie!’. Tak więc nie będąc w mocy postawienia dziewczęcia do pionu i przypomnienia, ze to chyba właśnie jest jej praca, zebrałam szczękę z podłogi i wróciłam do moich ‘zabawek’.

Dodatkowym informacyjnym hitem tygodnia jest krążąca w obiegu zamkniętym plotka, o szybkim odejściu jednego z członków zespołu. Z jednej strony całkowicie gościa rozumiem – jedzie do Norwegii robić doktorat w ulubionej dziedzinie; zarazem jednak oznacza to, że i tak malutka grupa ludzi z wykształceniem teledetekcyjnym i jakimkolwiek doświadczeniem w przetwarzaniu obrazów satelitarnych zmniejsza się do 4 sztuk! Biorąc pod uwagę, że instytut ma w nazwie teledetekcję, jest to śmieszna liczba składająca się na jeszcze śmieszniejszy procent pracowników… Pomijam już fakt, że nagle trzy wielkie projekty zostają bez opieki i siły roboczej.
Coś jednak jest dziwnego w tym miejscy, co sprawia, że nikt tutaj nie chce zostać. Z kimkolwiek się rozmawia, zawsze ostatecznie okazuje się, że ludzie tylko czekają do odpowiedniego momentu żeby stąd zwiać (a to dzieci szkołę skończą, a to coś innego). Nie wspominając już o fakcie, że blisko połowa chciałaby się ‘przekwalifikować’, zostawiając prace biurową daleko za sobą i próbując swoich sił w ekologicznym rolnictwie, lub innym ratowaniu lasów ameryki Południowej. W sumie to doskonale ich rozumiem. Nie jestem jednak w stanie wytłumaczyć tego fenomenu… w JRC takie zjawisko nie występowało! Owszem znam jednego chłopaka, który nagle po 15 latach pracy jako programista zaczął budować rowery, ale jest to przypadek odosobniony (i godny naśladowania ;P).
Ostatecznie więc tydzień kończę rozmyślaniami z kieliszkiem wina w dłoni. Moja Mama złożyła zamówienie na kilka butelek wybranego wina i jestem ciekawa co w nim takiego niezwykłego… Jak musiałam się namęczyć żeby odkorkować butelkę to już zupełnie inna historia (dawno temu rodziciel zadbał, żeby jego pociecha dostała szwajcarski scyzoryk ze śrubokrętem w gwiazdkę zamiast korkociągu…). 





‘Not this way…’

15 11 2011

Listopad…

… Estonia





‘My lungs taste the air of Time blown past falling sands…’

13 11 2011

Nic tak nie wpędza w depresję jak rozmowa z Rodziną. Nie dość, że człowiek dowiaduje się, że tak właściwie to wbrew pozorom to nikomu do niczego nie jest potrzebny, to jeszcze przy odrobinie szczęścia może zostać uświadomiony, że ‘dobiega wieku średniego’. Tiaaa… Scenariusz Kiepskich i Big Brothera razem wzięte, to pikuś w zestawieniu z moją Rodziną! I jak tu się potem dziwić, że nie jestem normalna?! Na dokładkę do naszego życia rodzinnego powoli wchodzi nowy, ‘rozrywkowy’ element w postaci przynoszenia przez moją siostrę do domu ‘pracy’… a że Dziecię pracuje w dwóch klinikach weterynaryjnych to okazjonalnie spokojne rodzinne gniazdko potrafi zamienić się w Ponton Noego. W takim zestawieniu, moja obecna egzystencja jest flegmatyczna, pełna rutyny i uporządkowania.

Kolejny mijający tydzień znowu zostawił mnie ze świadomością, że właściwie nic w tym czasie nie zrobiłam… No niby ‘wypchnęłam’ artykuł (aż się boje ilości pracy jak wróci od recenzentów), niby coś tam poobliczałam, niby wymieniłam kilka ważnych e-maili, niby sprytnie wykręciłam się z instytutowego obiadu integracyjnego (ha!) ale jednak to wszystko ciągle składa się na ‘nic’… a terminy gonią jak oszalałe króliki w kapuście…
Jedynym osiągnięciem, było uświadomienie sobie w jak fatalnej kondycji fizycznej jestem! W porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy to miałam co najmniej 2 trening w tygodniu, plus weekendowe szaleństwa, teraz nie robię nic, az się chce płakać. Wyraźnie zaczyna się to odbijać na zdrowiu i wydajności pracy. Po prostu mój organizm nie jest w stanie wysiedzieć w jednym miejscu i zaczynam mieć syndrom ‘biegających nóżek’. Jest tak źle, że nawet basen wydaje się kusząca opcją! Wypady w góry niestety nie zapewniają wystarczającej ilości ruchu… Oczywiście są lepsze niż nic, ale nawet 8 godzin chodzenia nie może się równać z 1,5 godziny szaleńczego biegania za piłką (różnej wielkości).
I tak to piszę tą notkę szamiąc nachos z tzatzyki-em… pełna porażka i upadek…








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.